fbpx

Kategoria: Twórczość

The Craft Club

Kaberanian – torebki z duszą

Jakiś czas temu, przeglądając co w trawie piszczy na moim Instagramie wpadłam na nowe zdjęcie mojej koleżanki. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – przecież znam Julię – gdyby mojego wzroku nie przykuł jeden szczegół. Torebka. Nie wyglądała jak zwyczajny dodatek z sieciówki, jakich tysiące dzisiaj na ulicach. Była elegancka, nietypowa i bardzo kobieca.

Opis pod zdjęciem zdradził, że jest ręcznie wykonana z wikliny przez ciocię Julki. Oczka mi się zaświeciły i od razu poprosiłam o namiar na nową, utalentowaną duszyczkę. Tak poznałam Dagmarę, która zajawkę na rękodzieło miała od dawna.

Prywatnie? Jest biotechnologiem! Jednak od niedawna postanowiła hobby przekształcić we własny biznes. Aktualnie tworzy torebki z drewna – proste, bardzo eleganckie i naprawdę nietuzinkowe. Jak sama mówi, dopiero się uczy. Zaczęła od warsztatów pod okiem modystki i dalej chciałaby poszerzać swoje umiejętności oraz ofertę o inne damskie akcesoria. Właśnie takich ludzi szukamy! Pełnych pasji, chęci do dalszego rozwoju i świeżymi pomysłami.

Poznajcie nowego gracza na rynku polskiego rękodzieła: Keberanian.


Autor: Karolina Kamińska

Jak królik z kapelusza, czyli Boris i Karolina z “Le Szapo”

le szapo

Tym razem przedstawiam wam dwóch Bohaterów w jednym. Polsko francuski duet podbił moje serce pasją do… kapeluszy. Jako pierwsi odważyli się otworzyć sklep z nietuzinkowymi kapeluszami w Krakowie. Posiadają najlepszej jakości produkty sprowadzane z różnych części świata. Mają także w planach poszerzenie oferty o produkty własnego autorstwa. Poznajcie Karolinę i Borisa.

Co takiego magicznego jest w tych kapeluszach?

Karolina Kasza: Kapelusz sprawia, że ludzie się uśmiechają, ale także przyciągają one uwagę innych. 

Boris Gall: Dokładnie tak. Podczas wielu festiwali we Francji miałem na głowie kapelusz, z czystego kaprysu, nic poza tym. Nie myślałem wtedy o zakładaniu marki, była to zwyczajnie część mojego outfitu. Ten mały element sprawił, że wiele ludzi podchodziło do mnie, zagadywało i dzięki temu nawiązałem wiele nowych znajomości. Ludzie kojarzyli mnie jako “kapelusznika”, zapamiętali mnie. To był między innymi powód dlaczego postanowiliśmy otworzyć sklep z kapeluszami w Krakowie. Pewnego dnia czekając na ulicy w Krakowie na Karolinę, ludzie zaczepiali mnie pytając gdzie mogą znaleźć podobny kapelusz, gdzie go kupiłem. Zdałem sobie sprawę, że w Krakowie takiego miejsca po prostu nie ma. Magia kryje się także w tym, że są one powiązane z magicznymi opowieściami, jak na przykład Alicja w Krainie Czarów. Stąd nasze logo, czyli królik wyskakujący z kapelusza. Kapelusz kryje magię, taki jest też nasz sklep. Chcieliśmy aby to miejsce było inne, wyjątkowe, a także przenosiło naszych klientów w inny świat. Także w starych wierzeniach kapelusze mają swoje miejsce. Mówi się, że są one po to aby chronić nasze myśli. Jeśli zadbasz o swój umysł, zadbasz także o całą resztę.

Le Szapo

KK: Kapelusze także zmieniają ludzi. Dla mnie magią jest kiedy klienci przymierzają nowe kapelusze i są zachwyceni tym, jak wyglądają. Ich twarz się zmienia, jakby znaleźli w sobie brakujący element. Kiedy proponujemy ludziom konkretne modele zwracamy uwagę na kształt twarzy, kolor oczu, włosów – każdy detal się liczy. Przed przymiarką wiele z naszych klientów mówi, że źle czuje się w kapeluszach. To dlatego, że jedyne kapelusze które przymierzali, zapewne nie były ich tylko dziadka, wujka czy kogoś znajomego. Taki kapelusz nie ma prawa pasować i wyglądać dobrze, bo przecież nie jest nasz.

BG: Kapelusz jest ramą naszej twarzy. Uwypukla ją i pomaga skupić na niej wzrok, pokazuje kim tak naprawdę jesteś.

Kto kogo zaraził kapeluszami?

KK: Zdecydowanie Boris mnie. Przed naszym pierwszym spotkaniem nosiłam kapelusze, jednak nie byłam zwariowana na tym punkcie tak jak Boris. Zawsze czułam się w nich lepiej i komfortowo, były dla mnie swego rodzaju ochroną. Idea pojawiła się w głowie Borisa, a ja ją złapałam i pchnęłam do przodu. Stworzyliśmy więc miejsce, którego nie ma w Krakowie, a jednocześnie robimy to co kochamy i sprzedajemy marki, które po prostu lubimy.

BG: Było to także częścią naszego marzenia aby posiadać swoją własną marką. Posiadając poprzednie doświadczenia jako pracownik jakiejś firmy wiążę to ze stresem i codziennym pośpiechem. Pierwszą zasadą naszego biznesu jest czerpanie przyjemności z tego co robimy.

KK: Pamiętam kiedy Boris z przyjacielem rozpisywali wszystkie koszty otwarcia biznesu, ryzyko i tego typu podobne rzeczy. Pierwszą myślą było “Nie róbcie tego”. Ale takie myślenie do niczego nie prowadzi, gdybyśmy nie podjęli tego ryzyka nie bylibyśmy teraz w miejscu, w którym jesteśmy.

Boris, znalazłeś się w Polsce ze względu na Karolinę?

BG: Tak, ona jest powodem, dla którego tu zamieszkałem.

KK: Pochodzę ze świętokrzyskiego, a do Krakowa przyjechałam 10 lat temu aby studiować. Tutaj przez 8 lat byłam menedżerem w restauracji i wtedy sądziłam już, że będzie to mój sposób na życie. Jak widać plany się zmieniły.

BG: Ja mieszkałem we Francji, Karolina w Polsce, a poznaliśmy się na Mauritius. Na plaży zaproponowałem jej żeby przyjechała do mnie na narty, ponieważ mieszkałem w Alpach. Zgodziła się i dwa tygodnie później spotkaliśmy się we Francji, a w następstwie dostałem od Karoliny zaproszenie do Krakowa. Zabukowałem bilet i przyleciałem.

Spodobało Ci się tutaj od razu?

BG: Tak, bardzo. Polubiłem polską rzeczywistość i atmosferę tutaj. Po niedługim czasie znów przyleciałem do Polski, wtedy pojechaliśmy do Doliny Pięciu Stawów i stwierdziłem “Polska jest piękna. Nie mają tu jedynie wódki!” Chciałem wtedy również wyprowadzić się z Francji, więc gdy spotkałem Karolinę była to mieszanka miłości i możliwości aby spróbować innego życia. Na ten moment to moje miejsce, w którym dobrze się czuję.

Wejście do waszego sklepu przypomina podróż w czasie. Jak klienci odbierają to miejsce i tym samym waszą markę?

BG: Gdy zimą otworzyliśmy sklep, każdego dnia odwiedzało nas kilka lub kilkanaście osób, które nie mogły wyjść z zachwytu nad tym miejscem. Przychodzą do nas także klienci z Ameryki czy innych krajów, którzy powtarzają, że nie ma u nich tak świetnego sklepu z kapeluszami. Ludzie są zaskoczeni widząc takie miejsce tutaj, w Krakowie. Tego właśnie chcieliśmy. Stworzyć miejsce gdzie my czujemy się dobrze, jak i nasi klienci.

KK: Dokładnie. Stworzyliśmy miejsce w stylu vintage, w którym czujemy się jak we własnym mieszkaniu. Nie chcieliśmy aby było tu jak w wielkiej galerii handlowej, gdzie każdy sklep wygląda tak samo. Mam tutaj swoje kwiaty, sami wybieraliśmy dekoracje, także wiem, że muszę tutaj posprzątać, dbać o to miejsce i najpiękniejsze jest to, że ludzie to doceniają. Często pada pytanie: “Kto to wnętrze zaprojektował?” i są zaskoczeni, kiedy odpowiadamy, że to nasza robota.

BG: Zdarza się, że ludzie spędzają tutaj godzinę lub dwie aby kupić kapelusz. Przymierzają, mogą napić się herbaty lub kawy czy usiąść i posłuchać winyli.

KK: Pewnego razu przyszedł do nas duński pisarz. Nie kupił kapelusza jednak usiadł na fotelu i przez długi czas czytał duńskie książki, które mamy w swojej kolekcji. Przyszedł tu aby się zrelaksować i poszukać inspiracji, to było magiczne.

Uważacie, że warto dziś w Polsce tworzyć nietuzinkowe marki, takie jak wasza?

KK & BG: Oczywiście, że tak!

KK: Myślę, że świadomość ludzi o małych polskich markach jest coraz większa. Codziennie spotykamy ludzi, którzy stwierdzają, że wolą kupować w małych, lokalnych sklepach, od polskich designerów. Z jednej strony chcą znaleźć dla siebie niepowtarzalne produkty, ale także jest to swego rodzaju wsparcie dla takich twórców. Zachęcam więc wszystkich kreatywnych i utalentowanych młodych ludzi, aby nie bali się otworzenia własnego interesu.

BG: Udało nam się wyjść z komunizmu, a tym samym trafiliśmy do komunizmu kapitalistycznego. Każdy ubiera się tak samo, każdy kupuje te same rzeczy. To trochę udawana wolność. I to jest to na czym nam zależy, aby przywrócić do życia ręcznie robione, wysokiej jakości produkty. Wiadomo, że wiąże się to z wyższą ceną, jednak produkty z sieciowych sklepów pochodzą między innymi z Chin, gdzie nie zwraca się uwagi na jakość czy etyczne warunki pracy. W swoim sklepie mamy także kapelusze pochodzące z Chin, jednak są to sprawdzeni dystrybutorzy, którzy są dokładnie sprawdzeni pod wspomnianymi przed chwilą względami. Jednak chcemy wspierać nasze podwórko i jakieś 90 procent naszych kapeluszy pochodzi z Europy.

Planujecie stworzyć także kapelusze spod własnych rąk?

BG: Pojawią się kapelusze, które zrobimy sami, ale także takie, które będziemy dostosowywać po swojemu. Zaczęliśmy współpracę z kilkoma markami, jednak nie możemy jeszcze zdradzać szczegółów. Wkrótce pojawią się efekty!

Gdzie widzicie siebie i Le Szapo Hat za 5 lat?

BG: Dwadzieścia tysięcy sklepów na całym świecie, wielka firma i te sprawy. A tak na poważnie to pięć godzin to wystarczająco.

KK: Pięć godzin czego?

BG: Kolejne pięć godzin dziś! Każdy dzień to nowa przygoda. Chyba nie wybiegamy tak daleko w przyszłość. Jeszcze nie tak dawno nie sądziliśmy, że otworzymy własny sklep z kapeluszami, a dziś – właśnie w nim rozmawiamy. Nie mam pojęcia co i gdzie będziemy robić.

KK: Może sklep we Francji?

BG: Wszystko się okaże.


Autor: Karolina Kamińska

14. Tattoofest Convention

No i w końcu się udało! Po raz pierwszy miałam okazję uczestniczyć w czternastym już konwencie tatuażu w Krakowie. 8 i 9 czerwca w Expo Kraków zadziała się magia – mieliśmy okazję zobaczyć ponad 300 tatuatorów w jednym miejscu. Do tego cała impreza była wzbogacona w różne atrakcje jak pokaz Slackline Filipa Oleksika czy prawdziwej samby karnawałowej w wykonaniu zespołu Magia do Samba. 

Tattoofest Convention to z roku na rok coraz większy event zrzeszający coraz pokaźniejszą liczbę artystów z całego świata. Połączyła ich pasja do tatuażu i można powiedzieć – kunszt w rękach. To jedyna taka okazja żeby przyglądać się ich pracy z bliska, nieziemskie doświadczenie. Zresztą sami zobaczcie w relacji poniżej!

Oficjalna strona Tattoofest Convention


Tekst & zdjęcia: Karolina Kamińska

Makrama. Cuda wianki ze sznurków

Karolina Kamińska

Jako dzieciak plotłam ogrom bransoletek i breloczków z muliny. W szkole podstawowej kolorowe ozdóbki były krzykiem mody, a nawet super pomysłem na biznes. Istniała także grupa, która chciała je nosić, ale wcale nie zamierzała poświęcać wolnego czasu na “zawijanie sznurków”. Nie miałam zielonego pojęcia skąd to się wzięło, co tak właściwie robię, tym bardziej kompletnie nie myślałam o tym, że tworzę małe rękodzielnicze dzieła. 

Meksykanki z muliny

Tymczasem okazało się, że “meksykanki” (powszechniej znane jako bransoletki przyjaźni) to przykład wykorzystywania podstawowych węzłów makramy, która jest wywodzącą się ze starożytności sztuką wiązania sznurków, bez użycia igieł, szydełek czy drutów. Przez długi okres w historii makramy zostały zapomniane, a ich ponowny renesans przypadł na lata 70. XX wieku.

A dzisiaj?

Dzisiaj to prawdziwe rękodzielnicze dzieła sztuki i fantastyczny pomysł na biznes. Makramy stały się niesamowicie popularne jako dodatek do wystroju wnętrz, który wcale nie jest tandetną ozdóbką “Made in China”. Piękne sploty cenowo wahają się od ok. 50 zł nawet do 2 tys. i wzwyż! Ale nie oszukujmy się. Do tego również potrzebna jest pasja i ogrom czasu, który chcemy na to poświęcić. Tak jak Marta Zakrzewska.

Naucz się pleść!

Marta to właścicielka pracowni makramy, a także autorka bloga Marheri Crafts, na których roi się od pomysłów DIY oraz inspiracji na zaaranżowanie Twojego wnętrza. Ukończyła studia na Politechnice Gdańskiej, ale jak sama o sobie pisze : “dopiero będąc mamą odkryłam w sobie pasję do majsterkowania i twórczej pracy, które przynoszą mi wiele radości”. Miałam okazję wpaść na jedne z warsztatów Marty i przyglądać się jak te urocze cuda powstają. Jeśli nie brakuje Ci zapału, koniecznie wpadnij na blog Marty, ale także warsztaty w większym gronie to także świetna zabawa. Facebook to nie tylko zło ostateczne, poszperaj, wyszukaj podobne wydarzenia w pobliżu i rozwijaj nowe hobby!


Tekst i zdjęcia: Karolina Kamińska

Cykl fotograficzny “Rzemieślnik – Artysta”

Nie jestem fotografem. Nie wiem jak dobrze ustawić kompozycję, złapać światło. Ale lubię próbować i to na pewno rzecz, w której chciałabym być przynajmniej dobra. Pomysł przyszedł od razu gdy dowiedziałam się, że będę miała okazję poznać niesamowitych ludzi. Mój cykl nie jest długi, ale kto wie, może wzbogaci się o kolejnych wspaniałych artystów, bo jest ich naprawdę wiele. Przynajmniej mam taką nadzieję. 

Wypowiadając słowo rzemieślnik kojarzy ono się często z czymś archaicznym, na pewno należącym już do historii. Tymczasem dziś, w 2019 roku, w Polsce, w małych studiach, salonach, garażach i pracowniach tworzone są niesamowite ręcznie wytwarzane rzeczy. Jednak nie dzieje się to tak jak wieki temu. Rzemieślnicy także ewoluowali. Dziś mają nowoczesny sprzęt, lepszy dostęp do surowców czy materiałów. To droga impreza, więc Ci co mają talent, ale jeszcze ich produkt nie dotarł do ludzi mają na pewno o wiele trudniej.

Ciekawe jednak jest to, że wytwórcy których poznałam jak najbardziej korzystają z dóbr nowoczesności, jednak uwielbiają stawiać na klasykę i historię. W prowadzeniu rzemieślniczego biznesu to nie sprzedaż jest najważniejsza. Liczy się jakość i dbałość o najmniejszy detal.

W swoim cyklu chciałam pokazać pracę tych ludzi, ogrom czasu, który w nią wkładają, pasję, a przy tym piękno, które pojawia się na samym końcu. Są dla mnie pewnego rodzaju inspiracją i motywacją do działania. Nie tworzą oni jedynie gotowych produktów na sprzedaż, nie ściągają ich z taśmy produkcyjnej i wysyłają klientowi ze znakiem „Made in China”. Są współczesnymi artystami. Chcą aby ich klient był zadowolony i miał świadomość, że w koszt pary butów czy pierścionka nie wchodzi tylko sam gotowy produkt, a godziny nad nim spędzone. Klient kupuje cały proces tworzenia i to w tym wszystkim jest piękne.

Równocześnie cieszy mnie, że przysłowiowy „BUM” na tandetę w Polsce powoli mija. Ludzie są coraz bardziej świadomi, rezygnują z oklepanych sieciowych marek i szukają alternatyw, aby znaleźć fantastycznej jakości produkt, ale także coś, co w końcu wyróżni się wśród wszechobecnej powtarzalności.

Mój cykl jest krótki. Jednak chciałabym go wzbogacić o kolejnych utalentowanych ludzi z pasją, bo jest ich w Polsce naprawdę dużo. Wielu z tych „rzemieślników – artystów” zapewne chowa się wciąż w swoich pracowniach, a my nie mamy pojęcia jakie cuda tworzy ich głowa i dłonie. Każda z tych osób (na zdjęciach, poza nimi) ma inną historię, tworzy z różnych powodów, których jest ogrom. Rodzinna tradycja, oderwanie się od rzeczywistości, chęć stworzenia nowego trendu. Co ciekawe, z osób, które spotkałam, żadne nie powiedziało, że to pieniądz jest w tym wszystkim najważniejszy. Oczywiście, każdy chce zarabiać na swojej pracy, nic w tym złego ani nadzwyczajnego. Jednak dla tych ludzi to nie korzyść materialna była pobudką do założenia odzwierciedlającej ich marki.

Współcześni rzemieślnicy nie tworzą tylko dla sprzedaży. Stali się ekskluzywną grupą, która zasługuje na podziw i jak największy rozgłos.


Autor & zdjęcia: Karolina Kamińska

“Gdybym nie mógł się rozwijać nie czułbym, że żyję” – Dariusz Goldmann

foto

Dariusz Goldmann to człowiek orkiestra. Zajmuje się różnorakimi dziedzinami, które łączy grafika i wizualizacja. Jest ekspertem w obsłudze programów graficznych, ale także posiada 10-letnie doświadczenie w bankowości czy marketingu reklamowym. Uwielbia nowe rzeczy, uwielbia się rozwijać. Rzemieślnik? Nie, ale także człowiek z pasją, determinacją i tworzący sztukę, tylko że w nieco inny sposób. 

Dariusz Goldmann

Autor: Jarosław Skuza @sqzimaru

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze współczesnymi mediami?

Dariusz Goldmann: Od zawsze interesowałem się grafiką, ale lubię rozchodzić się na lewo i prawo. Wideo, fotografia, grafika, DTP czy projektowanie stron internetowych mają ze sobą wiele wspólnego, ale w każdej z tych dziedzin staram się rozwijać. Tak na dobrą sprawę wszystko zaczęło się od fotografii. Na początku mój kuzyn zaraził mnie entuzjazmem, który sam czerpał z pierwszego, dobrego aparatu z USA, otrzymanego w prezencie. Potem w liceum zapisałem się do koła fotograficznego. Mieliśmy świetnego dyrektora, który bardzo wspierał pasje i zainteresowania uczniów. Przed szkołą średnią nie miałem pojęcia co chcę robić. Przełomem okazało się wielkie wsparcie szkoły, dzięki któremu odkryłem w czym jestem tak naprawdę dobry.

To rzadkie żeby szkoła tak bardzo wspierała swoich uczniów w ich pasjach.

DG: Nie jestem z bogatej rodziny i miałem to szczęście, że szkoła zainwestowała w aparat fotograficzny i kamerę, co otworzyło masę możliwości. Masz rację, to nie zdarza się często, ale cieszę się, że trafiłem na tak otwartego i pomocnego dyrektora, który bardzo indywidualnie podchodził do tematu.

Jak sam wspomniałeś zajmujesz się różnymi aspektami wizualizacji. Myślisz, że w każdej z nich jesteś tak samo dobry?

DG: Szczerze to szybko się nudzę robiąc tylko jedną rzecz. Wcześniej przygotowywałem rzeczy do druku i po czasie stało się to nużące i zacząłem szukać czegoś nowego. Tym sposobem uczę się coraz to nowych rzeczy. Jest tego dosyć sporo, ale lubię łączyć “nowe ze starym”. Przykładowo: nauczyłem się grafiki 3D, a teraz robię wideo, więc zacząłem kombinować jak obie te rzeczy ze sobą połączyć i stworzyć zupełnie coś nowego. Główny cel mam taki, aby być na swoim, zdobyć multum doświadczenia i obeznania w temacie.  Chcę być pewny, że gdy przyjdzie do mnie klient, to będę w stanie zrobić to, o co mnie poprosi. Nie lubię się ograniczać.

Architektura czy ludzie – co jest większym wyzwaniem w fotografii i filmowaniu?

DG: Na ten moment ludzie. Architektura wydaje się być prostsza, bo nikt, kolokwialnie mówiąc, mi nie marudzi. Jest ona taka jaka jest. Z ludźmi trzeba nauczyć się pracować, a ja gdzieś w środku jestem introwertykiem i nie za bardzo lubię, ani nie potrafię powiedzieć komuś jak ma pozować. Żeby tego się nauczyć zacząłem chodzić na sesje zdjęciowe aby obserwować fotografów jak pracują. Dodatkowo wraz ze znajomymi stworzyliśmy grupę, żeby zwyczajnie chodzić po Warszawie i robić jak najwięcej zdjęć. Jakkolwiek to brzmi – staram się robić to czego nie umiem.

W Twoich pracach bardziej zależy Ci na oddaniu rzeczywistości takiej jaka jest czy stworzeniu całkowicie nowego oblicza?

DG: Przede wszystkim wciąż szukam czegoś swojego. Dopiero od dwóch lat zajmuję się wideo, jeżeli chodzi o kręcenie i montaż. Musiałem nauczyć się obsługi sprzętu, ilu klatek na sekundę użyć, jaki w ogóle sprzęt jest dostępny i w co warto inwestować. Potem dopiero zacząłem myśleć o tym, że film przecież musi opowiadać jakąś historię. Staram się więc znaleźć swój styl, który sprawdzi się wizualnie, ale opowie też historię.

Jesteś człowiek orkiestra, ale w czym czujesz się najlepiej?

DG: Chyba w obsłudze programów graficznych i sprzętu technicznego, ale też w nagrywaniu, montażu… po prostu w grafice. Ale chyba najbardziej pewnie się czuję w szukaniu nowych pomysłów, odkrywaniu coraz to nowych rzeczy. Gdybym nie mógł się rozwijać nie czułbym, że żyję.

Na co aktualnie masz “zajawkę”?

DG: Chciałbym nauczyć się dobrze opowiadać historię, o czym już wspomniałem. Chcę iść w kierunku filmów metrażowych, które opowiadają historię w bardzo tajemniczy sposób, będąc przy tym wizualnie estetyczne, proste, z dobrą ścieżką dźwiękową i narracją w tle. Zastanawiałem się, żeby robić coś na YouTube, a to wydaje się być innym od reszty pomysłem.

Nie zważając na żadne bariery, gdzie chciałbyś się jutro znaleźć?

DG: Wyruszyłbym w podróż dokoła świata. Szczególnie aby poznać cywilizacje Dalekiego Wschodu i zainspirować się nową, zupełnie odmienną od naszej kulturą. To właśnie chciałbym zrobić. Spakować się i wyjechać szukać inspiracji.

Twoje motto?

DG: Lepiej przez jeden dzień być lwem, niż przez sto dni owcą.


Autor: Karolina Kamińska

Patrycja Cyganek – pierwiastek rzemiosła we krwi

Patrycja Cyganek

Patrycja Cyganek to certyfikowany rzeczoznawca diamentów oraz właścicielka firmy Syncret, która kontynuując wizję swojego ojca, chciała stworzyć markę, która idealnie wpasuje się w normy współczesnego rynku, ale także nawiąże do tradycji, historii i unikatowego piękna. W jej salonie czas jakby zwalnia. Odrywamy się od codziennego pośpiechu, mając okazję obejrzeć najpiękniejszą biżuterię oraz zagłębić się w ich duszę i historię. 

Patrycja Cyganek

“Patrycja do 18. roku życia nie nosiła biżuterii” – czy to prawda?

Patrycja Cyganek: Prawda! Z biegiem lat każdy człowiek się zmienia. Dorastałam w rodzinie, gdzie rzemiosło było od zawsze. Plątałam się po pracowni taty gdzie widziałam biżuterię, kamienie, jego brudne, spracowane ręce, ale sama biżuterii nie nosiłam, przeszkadzała mi. Dopiero teraz, przekraczając magiczną 30-stkę, mogę śmiało stwierdzić, że od około 10 lat kolekcjonuję biżuterię i ją uwielbiam. Także widzę po moich klientach jak “dorastają” do noszenia biżuterii. Często zaczyna się od pierścionka zaręczynowego, który posiada swoją wartość w postaci kruszcu, kamienia, ale także symboliczną i dopiero wtedy zaczyna się swego rodzaju przygoda z biżuterią.

Według Ciebie kamienie szlachetne to luksus, sposób na zarobienia pieniędzy czy jednak przedmioty z duszą i charakterem?

PC: Myślę, że gdyby nie to, że dorastałam w rodzinie, która zajmuje się biżuterią, to nigdy raczej nie przyszłoby mi do głowy żeby się za to zabrać. Na pewno jest to duża nisza, ale modelu pracy, który stworzyliśmy, czyli skupienie się na rzemiośle, wysokiej jakości i nie robieniu produktu hurtowo, nie traktuje jako szybki pomysł na biznes, gdzie chcę tylko zarobić pieniądze. Dla mnie to sposób na życie. Wyobrażam sobie czasami siebie jako siedemdziesięcioletnią babcię, która wybiera kamienie dla klientów, obsługuje kolejne pokolenia i doradza w doborze jak najlepszych kamieni.

Czym jest dla Ciebie marka Syncret?

PC: Stworzyliśmy tę markę trochę z marzeń. Mój ojciec jest już w branży od wielu lat, sam stworzył swoją markę i wielu ludzi zna go jako znakomitego rzemieślnika. Moim celem było stworzenie miejsca, gdzie ludzie w moim wieku, jak i kolejne pokolenia mogły odkrywać rzemiosło. Żyjemy w czasach gdzie nieco zatraciliśmy się w szybkim życiu, łatwej dostępności różnego rodzaju produktów, co nigdy nie było zgodne ze mną. Myśląc więc o biznesie, priorytetem było aby całość współgrała ze mną. Zależało mi na przywiązaniu do tradycji, dużej uwadze na detal, rzemiosło, kunszt, ale równocześnie patrzeniu w przyszłość, czego przykładem jest laboratorium, które tutaj stworzyliśmy. Ważne było aby połączyć ze sobą te dwa światy – klasykę i tradycję, z nowoczesnością i technologią.

Czego oczekują od was klienci?

PC: Na początku mieliśmy obawy, czy ludzie w ogóle będą chcieli kupować to, co my robimy. Przecież nie jest to szybki produkt, który schodzi z taśmy produkcyjnej, tylko każdy wzór jest zaprojektowany i wykonany z ogromną dbałością o detale. Poszczęściło nam się, bo wszyscy klienci, którzy do nas trafiają są w pełni tego świadomi. Doskonale wiedzą, że mogą u nas uzyskać poradę odnośnie doboru kamieni, zaprojektować biżuterię od A do Z oraz zdają sobie sprawę, że przedmioty umieszczone w gablotach i na półkach są dopieszczone pod każdym kątem. Czyni ich to klientami bardzo wymagającymi, co dla nas jest jak najbardziej na plus, ponieważ nie zależy nam na taśmowej produkcji, tylko dążymy do jak najwyższej jakości.

Spotykam się z określeniem, że biżuteria to marnowanie pieniędzy. Czym jednak jest dla Ciebie?

PC: Tak naprawdę wszystko może być marnowaniem pieniędzy. Jednemu wystarczy jazda Polonezem, drugi marzy żeby mieć Porshe i nie można oceniać ani jednego ani drugiego. Od zarania dziejów biżuteria ma funkcję ozdobną i historycznie ma ona ogromną symbolikę. Niedawno oglądałyśmy wraz z Panią Jadwigą, naszą specjalistką od historycznej biżuterii, pierścionek zaręczynowy z dwoma kamieniami symbolizującymi dwójkę zakochanych, mamy także biżuterię żałobną, czy pierścionek maturalny, który właścicielka ubrała tylko raz w życiu w dniu matury. Biżuteria ma wiele znaczeń i zastosowań i patrząc na moich klientów widzę, że ten zwyczaj wraca. Poza tym, życie jest za krótkie żeby otaczać się brzydkimi przedmiotami.

Jaka jest Twoja rada dla osoby, która chce otworzyć biznes rzemieślniczy? Istnieje przepis na sukces?

PC: Trzeba zacząć od produktu i sprawdzić, czy owy produkt się obroni. Warto zacząć pracę w tym przysłowiowym “garażu” i szukać klientów. Jeżeli klient się znajdzie, to jesteśmy na wygranej pozycji i wtedy możemy myśleć o kreowaniu całej marki. Podsumowując: trzeba tworzyć dobry jakościowo produkt i słuchać potrzeb klienta.


Autor: Karolina Kamińska

 

Okiem fotografa – Jacek Ura i jego spojrzenie na świat

Rozmowa z Jackiem była dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie ukrywam – stresowałam się spotkaniem z doświadczonym i niesamowicie inteligentnym człowiekiem. Zupełnie niepotrzebnie. Kolejny Bohater The Craft Club okazał się szarmancką osobą z dobrym poczuciem humoru, która zauroczyła mnie swoim zupełnie odmiennym spojrzeniem na życie i świat. 

Lubisz mówić o sobie jako o profesjonaliście?

Jacek Ura: Zajęło mi to trochę czasu, ale teraz swobodnie się z tym czuję. Szkoła artystyczna daje dobry start, ale dopiero praktyka, wymagające realizacje, a czasem improwizacja przybliżyły mnie do nazywania siebie do profesjonalistą.

Wszystko zaczęło się z pasji?

JU: Mam nieco inną historię. Szczerze mówiąc, dużo nieświadomego wysiłku włożyłem w unikanie tego, co tak naprawdę chcę robić. Najpierw wybrałem anglistykę na UJ, z której zrezygnowałem, później odważyłem się zdawać na studia fotograficzne. Moją pasją początkowo był rysunek, a fotografia wynikała z tego, że już od dziecka po prostu uwielbiałem się gapić na wszystko – kałuże, drzewa, grających w piłkę kolegów. I to mi zostało. Uwielbiam patrzeć na ludzi, na świat.

Jacek Ura

Szukając informacji o Tobie, często spotykałam się z określeniem, że w swoich pracach obnażasz ludzi, “zdzierasz im maski”. Taki jest właśnie Twój cel?

JU: Nie… to raczej aroganckie określenie. Słowo “zdzieranie”, które pojawia się w wywiadach, wynika z tego, że redaktorom było łatwiej tak żonglować emocjami. Nomen omen, słowo “persona” po łacinie oznacza maskę. Osobiście uważam, że obserwując innych obserwujemy samych siebie, nie mamy bezpośredniego kontaktu z rzeczywistością, my jedynie ją projektujemy. Wszystko co widzimy i odczuwamy, dzieje się tylko w naszym wnętrzu – gdy kogoś dotykasz czujesz to w środku, kiedy wkładasz palec do wrzątku czujesz to w środku, kiedy oglądasz horror czujesz strach wewnątrz i tak dalej. Nie mamy wyjścia, czujemy i widzimy tylko to co jest w nas. Staram się zatem aby przekroczyć pierwszą barierę, którą nazywam autokreacją. Ludzie kopiują i to jest normalne. Kopiujemy siebie nawzajem, zapożyczamy zachowania, nasza cała “energetyka” jest po rodzicach i nie jesteśmy w stanie z tego wyjść. Według mnie wolność jest iluzją. Fotografując spotykam się z drugim człowiekiem i robiąc mu zdjęcia mam pełną świadomość, że fotografuje w nim siebie. W portrecie staram się być w miarę neutralnym “lustrem”. Prawdę o sobie zobaczymy tylko w kontakcie z drugim człowiekiem. A portret jest szczególny, poprzez wymagania. Dobry portret jest szczery, obustronnie. Wybrałem sobie, jako formę najlepszej ekspresji – inscenizacje.

Powiedziałeś, że nie szukasz w ludziach atrakcyjności. Czym zatem jest piękno?

JU: Atrakcyjność, czyli uroda to formalny kanon (pomijając uwarunkowania atawistyczne), który się zmienia, jest często sztywny i wymagający. Nie wpisanie się wiąże się w ocenianiem bądź odrzuceniem. Piękno natomiast jest o czymś o wiele większym. W pięknie znajdziesz ułomność, wahanie, niezdarność – wszystko to kanon odrzuca. Kanon pielęgnuje tylko to co wytrenowane, to co jest idealne. Uroda jest na swój sposób martwa.

Co według Ciebie decyduje o wyjątkowości fotografii? Co sprawia, że ktoś zatrzyma się dłużej na ulicy widząc Twoje zdjęcie?

JU: Uważam, że każda praca fotograficzna, czy z zakresu medium wykonana w szczerości, ciekawości i uczciwości wobec siebie przykuje uwagę. Oczywiście, bez gwarancji sukcesu medialnego, na to składają się także inne elementy.

Jaki projekt był dla Ciebie największym wyzwaniem?

JU: Największym wyzwaniem był projekt dotyczący niewidomych rzeczy. Od samego pomysłu do realizacji upłynęło dwa lata. Wymagał sporej uwagi i zmian w podejściu. Na początku musiałem poznać środowisko. Przez pierwszych kilka miesięcy spędzałem wolny czas na przyglądaniu się dzieciom w ośrodku dla osób niewidzących i niedowidzących w Krakowie. Wszedłem w ten świat z neutralnym nastawieniem. Jednak realny kontakt, rozmowa z dziećmi, zaskakujący dystans i ich dowcip zbudowały konkretne wyobrażenie. Szczerze, poddałem się przy projekcie dwukrotnie, stwierdziłem, że jest dla mnie za trudny. Dopiero pod koniec, kiedy miałem definitywnie zrezygnować, przyszło proste spostrzeżenie. Za każdym razem gdy z nimi rozmawiałem, miałem głębokie poczucie obserwacji z ich strony, przenikliwości spojrzenia. Był to kluczowy moment kiedy cały projekt zamknął się w spójną całość.

Co powiedziałbyś uczniowi, który przyszedłby do Ciebie i powiedział “chcę osiągnąć to co Ty”?

JU: Zacznij od bliższego poznania siebie, tam zaczyna się kreacja. W prostej autorefleksji znajdziesz źródło pomysłów. Kontakt ze studentami jest świetną zabawą i wymianą. Od kilkunastu lat uczę się fotografii i założeń percepcji wizualnej. Najpierw każdy musi zdać sobie sprawę z czego czerpie, mogą to być podstawowe emocje: wahania, tęsknota, gniew i tak dalej. Później tworzenie konsekwentnej “wypowiedzi” w subiektywnej narracji i rytmie.

Co dzisiaj jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?

JU: Dzisiaj? Życie. Po prostu.


Autor: Karolina Kamińska

“Jak nie teraz, to nigdy”, czyli jak realizuje się Kamil Mazela

Lubię rozmawiać z osobami, które podjęły ryzyko aby robić w życiu to co kochają. Tak zrobił Kamil Mazela, miłośnik wyrobów rzemieślniczych ze skóry, który przerodził hobbystyczne siedzenie w piwnicy w pracę na pełnych obrotach. Od stycznia współpracuje z Michałem Wojewodzicem, który uczy go nowych rzeczy w dziedzinie ręcznie szytych butów, ale i wręcz przeciwnie – także Michał uczy się przy nim technik, których wcześniej nie znał. Poznajcie kolejnego człowieka z pasją, kolejnego Bohatera – Kamila Mazelę.

Na jakim etapie życia dziś jesteś?

Kamil Mazela: Krótko mówiąc, jestem bardzo zaciekawiony tego, co mnie czeka. Dowiaduje się ciągle nowych rzeczy, a to co się teraz wokół mnie dzieje to dla mnie kosmos. Jeśli chodzi o życie  prywatne to nieco wyhamowałem – znalazłem żonę, przeprowadziłem się do Krakowa. W życiu zawodowym zacząłem coś szalonego i można powiedzieć, że idę na ślepo, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W końcu mogę pokazać innym, że coś potrafię i w końcu zostałem za to doceniony.

kamil mazela

Skąd pomysł, żeby rzucić dotychczasową posadę i zacząć pracę u Michała?

KM: Może zacznę od tego, skąd w ogóle wzięła się ta skóra w moim życiu. Moja mama zaczęła szyć zawodowo już od szesnastego roku życia. To dość zabawne; nie miała wtedy żadnej działalności, szyła po sąsiedzku, a maszynę kupiła jej babcia. I szyje do dzisiaj – dalej w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Przyglądając się mamie, gdzieś zaszczepiła we mnie tą pasję. Lubiłem się bawić maszyną, którą niezliczoną ilość razy rozregulowywałem, za co regularnie dostawałem ochrzan. Potem dostałem pędzelek i mama nauczyła mnie jak sprzątać wszystkie wióry i nitki. Zaczęło się od sprzątania, a przeszło w ciekawość “jak szyć”. Trzy lata temu, moja babcia z mamą zrobiły mi niesamowity prezent i kupiły pierwszą maszynę specjalnie do skóry. Od tamtego czasu sporo myślałem, aby rzucić swoją pracę, zrobić ze swojego hobby zawód i spróbować na tym zarabiać. Na YouTube znalazłem ciekawy cykl filmów na kanale Pasjonaci TV, gdzie akurat Michał pojawił się ze swoim wywiadem. Początkowo gdy go zobaczyłem, od razu przerzuciłem dalej. Ponownie pojawił się mętlik w głowie – rzucić tą pracę czy nie? W decyzji pomogła mi żona, która powiedziała “to najlepszy moment, jak nie zaryzykujesz teraz to kiedy?”. No i zrobiłem to. Pierwszy raz rozmawiałem z Michałem przez telefon, pytając czy nie potrzebuje pracownika. Bez ceregieli stwierdził, że nie, jednak uznał, że przydałby mu się wspólnik, ale wszystko zależy od moich umiejętności. Na pierwsze spotkanie przyniosłem ze sobą torebkę, którą zrobiłem – był pod dużym wrażeniem i już następnego dnia przyszedłem do jego pracowni pracować.

Wydajecie się być zupełnie różnymi osobowościami. Jak wygląda wasza praca? Zdarzają się zgrzyty?

KM: Wiem, że Michał nie potrafi rozmawiać gdy pracuje. Czasami śmieje się, że ma mnie dość, bo ja z natury jestem dość rozgadany, a on lubi się skupić. Oprócz tego chyba zepsuł mnie muzyką. W pracowni leci tylko rap, a mi już noga skacze, chociaż wolę klimaty Nocnego Kochanka i tego typu rzeczy.Na szczęście w samochodzie jeszcze nie słucham. A tak na poważnie, to panuje pozytywna atmosfera. Czasami jest zgrzyt, czasami jest żart, ale praca pełną parą i pomoc także.

Czujesz, że sporo nauczyłeś się od początku współpracy?

KM: Tak, oczywiście. Michał ma bardzo dużą wiedzę, na pewno większą ode mnie, ponieważ miał czas aby się rozwijać. Ja próbowałem pogodzić dwie prace na raz. Przychodziłem do domu około 17 i do północy potrafiłem siedzieć w piwnicy, gdzie miałem pracownię. Teraz w końcu mam możliwość poświęcenia dziesięciu czy jedenastu godzin dziennie na to co kocham. Przez ten czas wiele się nauczyłem, ale próbujemy się też uzupełniać. Ja również pokazałem Michałowi rzeczy, z którymi wcześniej się nie spotkał. Ciągle powtarza, jak bardzo mógł się ze mną pomylić na samym początku, kiedy mnie nie docenił, a teraz ciągle zaskakuję go czymś nowym.

Gdybyś wtedy usłyszał kategoryczne “nie”, miałeś plan B?

KM: Ogólnie miałem zamiar założyć działalność i poświęcić się temu co lubię robić najbardziej, jednak Michał jest uzupełnieniem tego wszystkiego. Ma doświadczenie w marketingu, social mediach, fotografii, gdzie ja czuję się zupełnie zielony. Gdyby go dziś nie było na pewno i tak poszedłbym w tym kierunku, jednak z dużo wolniejszymi efektami.

Jaki jest zatem Twój cel: stworzyć dobry biznes i zarobić niezłe pieniądze czy jednak spełniać się artystycznie i stale rozwijać?

KM: Wiadomo, pieniądze to duża satysfakcja i po to poniekąd to robię, ale ważniejsze jest dla mnie spotkać osobę, która po zakupie mojego portfela czy butów będzie zachwycona z efektu i jakości ręcznie robionego produktu. Rękodzieło cechuje się tym, że jest niepowtarzalne – nie zrobisz drugiej takiej samej pary butów. Kolejna na pewno będzie lepsza i świetne jest to, że ludzie potrafią to docenić.

Lubisz przysłowiowo “bujać w obłokach” czy wolisz twardo stąpać po ziemi?

KM: Myślę, że na pewno bujam w obłokach. Często zdarza mi się podjąć wyzwanie, które jest ponad moje możliwości, a ja chyba nie do końca zdaję sobie z tego sprawę. Warto planować i twardo stąpać po ziemi, ale nigdy nie wiesz co wydarzy się kolejnego dnia.

Gdybyś przez jeden dzień miał być fikcyjną postacią z bajki, filmu, serialu… Kto by to był?

KM: James Bond! Ale tylko i wyłącznie tym, którego grał Sean Connery, który jako jedyny wyglądał jak facet. Drogie samochody, towarzystwo pięknych kobiet i oczywiście licencja na zabijanie.

Jaka jest najlepsza rzecz, jaka spotkała Cię w życiu?

KM: Może wyjdę teraz na romantyka, ale najlepszy moment w życiu zdarzył się, gdy poznałem swoją małżonkę. Jesteśmy ze sobą dopiero 5 lat, ale zakochany po prostu chciałem złapać tą chwilę i już tak pozostać. Poznałem miłość swojego życia i już na pierwszej randce wiedziałem, że to osoba, z którą mógłbym “po kałużach skakać” – w przenośni i dosłownie.


Autor: Karolina Kamińska